Logo knif 08abcc990d84f14b66e7ea3abb57bc8bd21d92c317968c256d05d6cd0251ec7e

2018-01-21

Policja nie będzie mogła sumować punktów karnych za wykroczenia na drodze – taka zmiana czeka wszystkich kierowców już w czerwcu.

Najnowsze statystyki Komendy Głównej Policji mówią, że codziennie przynajmniej sześciu kierowców rozstaje się z prawem jazdy w wyniku przekroczenia limitu punktów karnych. W 2017 r. prawie 8 tys. osób skierowano na powtórny egzamin. U 2,5 tys. kierowców powodem było przekroczenie limitu punktów karnych. To więcej o 20% w porównaniu z 2016 r. Niedługo się to zmieni, ale bez korzyści dla bezpieczeństwa na drodze.

Od czerwca 2018 r. podczas jednej kontroli drogówka będzie mogła ukarać kierowcę najwyżej 10 punktami karnymi, dzisiaj takiego limitu nie ma. Nie oznacza to jednak, że 10 pkt to maksimum, co można dostać przy jednej kontroli. Zniknie jedynie problem sumowania punktów za wykroczenia o podobnym charakterze.

Szczegóły podane przez Policję są następujące. Dobrym przykładem jest sytuacja, gdy za kierowcą jedzie nieoznakowany radiowóz nagrywający jazdę z niedozwoloną prędkością na dłuższym odcinku drogi ze znakami różnych ograniczeń. Punkty zostaną naliczone tylko za największe przekroczenie prędkości.

Co z sytuacją, gdy złamany zostanie zakaz wjazdu czy przekroczona zostanie linia ciągła? Jeżeli kierowca jednym czynem nie zastosuje się do dwóch lub więcej znaków określonych kodem od C05 do C11, otrzyma punkty za to naruszenie, którego kod ma mniejszy znacznik. W każdym przypadku jest to 5 punktów karnych.
Kody C05–C11 dotyczą kolejnych znaków: zakaz wjazdu, zakaz ruchu w obu kierunkach, zakaz skręcania w lewo i w prawo, nakaz jazdy oraz linia podwójna ciągła.

Jeżeli chodzi o oświetlenie pojazdu: gdy kierowca jednorazowo nie zastosuje się do przepisów określonych w załączniku kodem G01 do G04, otrzyma punkty za naruszenie znaku z największą liczbą punktów. Tymi kodami oznaczone jest niedostosowanie się do obowiązku używania wymaganych prawem świateł, kolejno: od zmierzchu do świtu (4 pkt), w warunkach zmniejszonej przejrzystości powietrza (2 pkt), w okresie od świtu do zmierzchu (2 pkt), w tunelu, niezależnie od pory doby (4 pkt). Kierowca otrzyma punkty za naruszenie, któremu przypisana jest największa wartość punktów.
Mowa o naruszeniach określonych jako E01 do E05 oraz E08. A są to kolejno przekroczenia prędkości o: więcej niż 50 km/h (10 pkt), od 41 do 50 km/h (8 pkt), od 31 do 40 km/h (6 pkt), od 21 do 30 km/h (4 pkt), od 11 do 20 km/h (2 pkt) oraz więcej niż 50 km/h w terenie zabudowanym (10 pkt). Czy zmienione przepisy nie są zbyt liberalne dla polskich kierowców? Czy mogą pogorszyć bezpieczeństwo na drogach?

Nie sądzę. Każdy kierowca powinien jeździć zgodnie z przepisami. Po to się ich uczy i zdają egzamin. Jeśli tego nie robią, niech będą karani, nawet surowo. Policja może zabrać prawo jazdy na drodze w przypadku jazdy zagrażającej życiu i nie musi mieć do tego kompletu punktów karnych
przypomina Andrzej Łukasik z Polskiego Towarzystwa Kierowców. Zwraca też uwagę, że sprawa takiego pirata zawsze może trafić do sądu.

Specjaliści ostrzegają, że w najbliższym czasie liczba piratów drogowych może drastycznie wzrosnąć. Mimo surowych kar i utraty prawa jazdy liczba zbieraczy punktów nie maleje. Dowód? 205 punktów karnych podczas jednej podróży. Rzecz miała miejsce w Dąbrowie Górniczej. Tamtejsi policjanci chcieli zatrzymać szybko jadącego mini coopera. Uciekinier w ciągu 10 minut popełnił kilkadziesiąt wykroczeń: pędził przez osiedlowe uliczki, nie zatrzymywał się na czerwonych światłach, wymuszał pierwszeństwo jadąc nawet 140 km/h i spowodował kolizję, po czym dopiero został załapany.

Inny przykładem jest 17-latni motocyklista jadący ulicami Namysłowa z prędkością 170 km/h. W pięć minut zebrał 52 pkt karne, popełniając osiem wykroczeń drogowych.

Rekordzistą okazał się jednak kierowca z Zamościa. Przez ostatni rok fotoradary z okolicy sfotografowały prowadzone przez 27-latka auto aż 68 razy. W sumie mężczyzna uzbierał już ponad 600 punktów karnych! Powinien też zapłacić mandaty na łączną kwotę przekraczającą 30 tys. zł.

Artykuł napisany na podstawie www.rp.pl


2017-12-03

Wschodni sąsiedzi lekarstwem dla ZUS

Z jednej strony będzie się wydłużać kolejka emerytów, z drugiej zmniejszy się baza składek na ubezpieczenie społeczne. Na takie złe warunki demograficzne ratunkiem może okazać się nie tylko zwiększenie aktywności zawodowej i polityka prorodzinna, ale również imigracja ze Wschodu.

Wciągu ostatniego roku odnotowano wzrost o 70% liczby Ukraińców płacących składki na ZUS. Jest to łata na lukę powstałą w wyniku obniżenia wieku emerytalnego. Według danych ZUS, na koniec września było w nim ubezpieczonych 172 tys. Ukraińców pracujących w Polsce, czyli około 64% ogółu wszystkich cudzoziemców płacących składki. W zeszłym roku ta liczba była mniejsza, ponieważ wśród 188 tys. obcokrajowców, liczba naszych Wschodnich sąsiadów wynosiła 101 tys.

Warto przede wszystkim zauważyć utrzymujący się wzrost właścicieli paszportów z tryzubem, którzy w 2015 roku stanowili 0,7% ubezpieczonych osób, a w tym roku już 1%. Oprócz tego liczba świadczeń o zatrudnienie i zezwoleń na pracę wynosiła w zeszłym roku 813 tys., zaś w tym do końca września była bliska 940 tys.

Sąsiedzi znad Dniepru nie tylko są zatrudniani ze względu na niższe oczekiwania co do płacy, ale również ze względu na brak polskich pracowników i jeszcze nie otwarte inne rynki w Europie poza Polską.

”Zgłasza się do nas wiele osób, które potrzebują pracowników w najróżniejszych zawodach”
- przyznał Daniel Dziewit z portalu PracaDlaUkrainy.pl.

Polscy przedsiębiorcy cenią Ukraińców za sumienność i pracowitość. Pracownicy z Ukrainy stali się ważnym trybem polskiej gospodarki, skutecznie wypełniając niedobory kadrowe, które stają się dla rodzimych firm coraz większym zagrożeniem. Analizy tegorocznych danych wskazują, że jeśli utrzyma się dynamika wzrostu, to w IV kwartale bieżącego roku okresową możliwość pracy w Polsce na podstawie obowiązujących jeszcze, uproszonych procedur, uzyska nawet 260 tys. obywateli Ukrainy
- mówi Ewa Błaszczyńska dyrektor ds. Sprzedaży w Grupie Progres.


Oczywiście nie tylko Polacy mają korzyści z omawianego tutaj zjawiska. Od 2014 roku obowiązuje umowa, dzięki której składki płacone w Polsce po osiągnięciu wieku emerytalnego zostaną przekazane do ukraińskiego systemu ubezpieczeń i podwyższą tamtejsze emerytury. Łatwo przyznać, że pracujący w Polsce wschodni sąsiedzi są dosyć pewnym źródłem uzupełniania powstałej luki na polskim rynku pracy. Niedługo bowiem odczuje on skutki zmian demograficznych – według prognozy GUS stosunek osób w wieku produkcyjnym do emerytów będzie się zmieniać na naszą niekorzyść.

Artykuł napisany na podstawie bankier.pl


2017-12-03

Zatrudnianie Ukraińców – czy na pewno lek na problemy ZUS?

”Z umowy o zabezpieczeniu społecznym z Ukrainą, która miała zagwarantować osiedlającym się w kraju Polakom ze Wschodu wypłatę emerytury za lata pracy na Ukrainie, w praktyce skorzystają głównie pracujący w Polsce Ukraińcy”
– podaje „Rzeczpospolita”.


Od stycznia 2014 roku obywatele Ukrainy, którzy legalnie pracują w Polsce (są ubezpieczeni w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych), mają zagwarantowane prawa do emerytury i renty w Polsce praktycznie na takich samych zasadach, co Polacy. Jest to dzięki zawartej w 2012 roku o zabezpieczeniu społecznym. Podobną Polska podpisała tylko z USA, Kanadą, Koreą Południową, Macedonią, Australią i Mołdawią.

Wspomniana umowa została podpisana przez ówczesnego ministra pracy rządu PO-PSL, Władysława Kosiniak-Kamysza. Została uzasadniona chęcią pomocy dla Polaków, którzy przesiedlili się z Ukrainy do Polski. Bez tej umowy nie mogliby otrzymać prawa do ukraińskich świadczeń za lata pracy na Ukrainie. Porozumienie miało na celu również pomóc polskim pracownikom delegowanym nad Dniepr. Przewidywano, że nie spowoduje to żadnych znacznych skutków finansowych dla budżetu państwa.

Te szacowania były jednak całkowicie błędne – Polskę zalała fala pracowników z Ukrainy.
”To oni staną się największymi beneficjentami tej umowy, a jej znaczenie dla polskiego systemu emerytalno-rentowego jest ogromne”
– pisze „Rzeczpospolita”.

„warunkiem nabycia prawa do emerytury z polskiego systemu jest przekroczenie wieku emerytalnego i posiadanie składek zewidencjonowanych na koncie w ZUS, niezależnie od ich wysokości”.
- wyjaśniał Radosław Milczarski z ZUS w rozmowie z dziennikiem

Stąd, okresy ubezpieczenia Ukraińca z tytułu pracy zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, zostaną zsumowane. Wysokość świadczenia zostanie z kolei ustalona w wysokości proporcjonalnej do okresu ubezpieczenia w państwie przyznającym świadczenie.


W czerwcu w Polsce legalnie było zatrudnionych najprawdopodobniej ponad 270 tys. Ukraińców. Jak wskazują dostępne dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w pierwszej połowie br. polscy pracodawcy złożyli prawie 950 tys. wniosków o zatrudnienie cudzoziemców. To o 45% więcej, niż w 2016 roku, który był pod tym względem rekordowy. Ponad 90% wniosków dotyczyło Ukraińców.

ZUS nie liczy sumy comiesięcznych składek ukraińskich pracowników wpływających do FUS. Niedawno „Rzeczpospolita” szacowała, że jeśli każdy z 227 tys. ubezpieczonych Ukraińców otrzymuje wynagrodzenie brutto w wysokości płacy minimalnej (2 tys. zł), to w ciągu roku mogłoby wpłynąć do ZUS ok. 2,2 mld zł. Z kolei do budżetu państwa z tytułu PIT byłoby to ok. 440 mln zł. Szacuje się, że przyszłoroczny deficyt FUS wyniesie od 48,4 mld zł do 65 mld zł, Czyli – od 2,28 do 3,22 proc. PKB.

Cytowani przez dziennik eksperci, którzy popierają imigracją zarobkową sąsiadów znad Dniepru do Polski, pozytywnie odnoszą się do tego, że więcej z nich może pracować legalnie, odprowadzając składki. Według nich jednak trudno jest oszacować, jaki koszt ZUS poniesie w przyszłości na wypłatę emerytur dla osób z Ukrainy. Ministerstwo Rodziny i Pracy nie odpowiedziało na pytanie „Rzeczpospolitej” o to, ile w przyszłości będzie potrzeba pieniędzy na emerytury Ukraińców.

Przypomnijmy, że w I kwartale tego roku wykryto 470 przypadków nielegalnie pracujących cudzoziemców. W całym 2016 r. było to 2 646 osób. Jak w maju podawała „Rzeczpospolita” tylko ponad 227 tys. pracujących w Polsce Ukraińców jest objętych polskim ubezpieczeniem emerytalno-rentowym, a więc wciąż niewiele w porównaniu z liczbą pracujących cudzoziemców.

W rozmowie z Kresami.pl ekonomista i były wiceminister finansów dr Cezary Mech zwracał uwagę, że tego typu informacje, dotyczące „ratowania ZUS przez Ukraińców”, są bardzo mylące.
Tego rodzaju informacje nt. odprowadzania składek, a także te dotyczące braku znaczącego wzrostu wskaźników przestępczości w związku z napływem imigrantów, głównie Ukraińców, do Polski, które ostatnio słyszałem z ust samego wiceministra pracy Bartosza Marczuka, muszą budzić zaniepokojenie. Gdyż są bardzo mylące– mówi dr Mech. Zdaniem ekonomisty, są to informacje wyrywkowe, które poprzez pewne hasła dezinformują opinię publiczną nie ukazując prawdziwych kosztów imigracji.
Dr Cezary Mech zwraca uwagę na fakt, że w kwestii składek należy pamiętać o tym, jaki faktycznie ma to wpływ w kontekście budżetu państwa:
Po pierwsze należy pamiętać, że płacenie składek oznacza jednoczesne nabycie uprawnień głównie emerytalno-rentowych i tworzy równoważne zobowiązania państwa względem tej grupy pracowniczej. Dlatego nie jest żadnym zyskiem dla budżetu. Ponadto hamowanie wynagrodzeń wszystkich Polaków poprzez sprowadzanie imigrantów ma silnie negatywny wpływ na dochody budżetowe, jak i na poziom wypłacanych rent i emerytur. Gdyż niższe wynagrodzenia prawie wszystkich pracujących w Polsce sprawiają, że zarówno podatki, jak i wpłacane składki, mają zdecydowanie skromniejszy wymiar.

Artykuł na podstawie Kresy.pl


2017-11-12

Zmiany w OFE - zapowiedzi wicepremiera na przyszły rok

Według zapowiedzi wicepremiera Mateusza Morawieckiego, w 2018 roku mają zajść duże zmiany dotyczące Otwartego Funduszu Emerytalnego. Zgodnie z przygotowanym planem, 75% aktywów OFE trafi na Indywidualne Konta Emerytalne Polaków, a 25% na Fundusz Rezerwy Demograficznej, nad którym zarządzanie ma przejąć PFR.


Wicepremier zwrócił uwagę, że prace analityczne nad reformą trwają od kilku miesięcy. Stwierdził także, że w najbliższych kilku miesiącach we współpracy m.in. z resortem pracy i ZUS zacznie się konkretyzacja propozycji zmian w OFE.
Planujemy to wdrożyć w 2018 r. Będzie to doprecyzowanie dzisiejszego sposobu funkcjonowania OFE. Analitycy na całym świecie dziwią się, co to za niezwykłe zjawisko pod tytułem Otwarty Fundusz Emerytalny, który inwestuje głównie w akcje. Wiadomo, z czego to się wzięło, nie cofniemy koła historii, ale chcemy naprawiać pewne błędy i ten system OFE przetransformować w taki sposób, żeby on rozsądniej służył polskiej gospodarce i przyszłym emerytom.
- oznajmił wicepremier, Mateusz Morawiecki.


OFE został stworzony na skutek reformy systemu emerytalnego uchwalonej w 1999 r. Na mocy nowelizacji z OFE do ZUS w lutym 2014 r. przeniesiono obligacje Skarbu Państwa. OFE przekazały wtedy ZUS aktywa o wartości 153,15 mld zł (głównie w postaci obligacji skarbowych i obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa), co stanowiło 515,% zasobów Funduszy. Środki te trafiły na subkonta w ZUS. w obligacje, jak i w inne instrumenty dłużne gwarantowane przez Skarb Państwa, OFE nie mogą już inwestować.


Został także wprowadzony minimalny poziom inwestycji OFE w akcje – 75% do końca 2014 r., 55% do końca 2015 r., 35% do końca 2016 r. i 15% do końca 2017 r. Pobierana przez fundusze maksymalna opłata od składki spadła z 3,5% do 1,75% Obniżona została ponadto opłata pobierana przez ZUS za przekazywanie składek do OFE - z 0,8% do 0,4%. Również została zakazana reklama OFE.


Artykuł na podstawie: money.pl


2017-10-31

RODO - nowe przepisy w prawie europejskim sieją strach wśród przedsiębiorstw i firm

Za wyciek danych na firmę może zostać nałożona kara w wysokości 4% jej światowych obrotów – taka wzmianka jest w planach nowego prawa unijnego. Dla wszystkich konsumentów (dowiedzą się, jak wiele firm dysponuje ich danymi), jak i przedsiębiorstw oraz instytucji (czy zdołały się przygotować), za 7 miesięcy okaże się, czy czekają ich nieprzyjemne zmiany.

25 maja 2018 roku wejdzie w życie nowe Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych (RODO) – wprawia w zakłopotanie wielu przedsiębiorców już od kilkunastu miesięcy. Co więcej, znaczna jest liczba firm, które wciąż nie wiedzą, co one oznaczają ani tym bardziej, że powinny się nimi zainteresować. Wspomniane przepisy o wiele ściślej określają, jak z danymi się obchodzić oraz za prawie każdy akt ich nieprzestrzegania – zaczynając od sytuacji, gdy firma nie poinformuje klienta, że ma jego dane – są przewidziane kary finansowe, których największa możliwa kwota może budzić niepokój – 20 mln € lub 4% światowych rocznych obrotów firmy. Każdej firmy, która ma choć jednego pracownika i choć jednego klienta! Celem rozporządzenia jest większa piecza nad naszymi danymi i zabezpieczenie przed ich wyciekami. Oczywiście dostosowanie się do wymogów RODO będzie kosztować firmy dziesiątki tysięcy złotych.

Poniżej przedstawiamy wywiad z  Michałem Sztąberkiem, prezesem firmy iSecure prowadzącej szkolenia i audyty ochrony danych osobowych (rozmowa przeprowadzona przez Gazetę Wyborczą).
Jakub Wątor: 25 maja 2018 roku wszyscy zostaniemy zbombardowani telefonami, SMS-ami, mailami, listami w skrzynkach od każdej z firm, której kiedykolwiek powierzyliśmy swoje dane?
Michał Sztąberek: Bardzo prawdopodobne. Ludzie nagle zorientują się, w jak wielu miejscach przechowywane są ich dane.

Więc najpierw będą zaskoczeni, potem wkurzeni, a potem będą chcieli swe dane skasować. Co będą musieli zrobić?
– Informacja „Usuńcie moje dane” wysłana do firmy mailem powinna być respektowana. Po stronie firmy będzie leżała weryfikacja, czy o usunięcie prosi faktycznie osoba, której dane dotyczą. Podejrzewam, że Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych będzie się przyglądał, czy firmy rzeczywiście usuwają dane na prośbę konsumenta i nie stawiają przy tym barier.

Bo najpierw każda firma będzie mnie musiała poinformować, że ma moje dane.
– Tak, jako konsumenci dowiemy się o kilku rzeczach: jakie to dane, jak ich firma używa, czy korzysta z nich w celach marketingowych, czy przekazuje je innym podmiotom. Musi nas poinformować też o tym, że mamy prawo złożyć na firmę skargę do GIODO, musi wskazać, kto w firmie pełni funkcję inspektora danych. Tego obecnie się nie wymaga, więc każda firma będzie musiała się skontaktować ze wszystkimi konsumentami ze swoich baz danych. Dla przykładu u takiego Orange to będzie jakieś 15 mln konsumentów.

Można mailowo, wyjdzie taniej.
– To zależy od tego, jakie firma ma dane. Jak nie ma maila ani telefonu, będzie musiała wysłać list pocztą tradycyjną. Jeden klient to koszt 2-3 zł, a więc jeśli firma ma w bazie 50 tys. osób, to już musi wydać 100-150 tys. zł. A to i tak optymistyczny szacunek, bo do tej pory firmy raczej gromadziły jak najwięcej, a nie jak najmniej danych.
Jeśli firma ma tylko numer telefonu, to też poniesie koszty, bo będzie musiała dzwonić lub wynająć call center, by poinformowało o zmianach wszystkich ich klientów.
Jeśli zaś firma rzeczywiście ma też maile swoich klientów, to powinna dziękować za to opatrzności, bo wyjdzie najtaniej. Ale i tu jest pułapka – jak nagle wyśle milion maili nt. RODO do swych klientów, może wpaść do filtrów antyspamowych.

A musi mieć potwierdzenie od klientów, że zostali poinformowani?
– Nie, ale dla celów dowodowych – gdyby weszła kontrola – warto takowe mieć. To nie jest tak jak ze zgodą na marketingowe przetwarzanie danych, gdzie klient po prostu musi się zgodzić, a firma je gromadząca powinna to umieć wykazać.

A propos – z tą zgodą też zawsze było zamieszanie.
– Tak, bo firmy często wykorzystywały jedną zgodę nie tylko do przetwarzania danych w ramach własnej usługi, ale i do celów marketingowych albo nawet do przekazywania danych kolejnemu podmiotowi. Teraz będzie trzeba każdą zgodę przejrzeć i ustalić, czy nie łamie nowych przepisów. A jeśli tak, to znów skontaktować się z klientem i zapytać, czy się zgadza.

Jeszcze więcej informacji, zgód, czyli jeszcze dłuższe regulaminy. Tego już na pewno nikt nie będzie czytał.
– A najlepsze jest to, że ideą RODO ma być proobywatelskość i ułatwienie życia konsumentom...

Podobno firmy są daleko w tyle z dostosowaniem się do wymogów?
– Zostało niecałe 10 miesięcy, a firmy jakby nie pamiętają o tym, że mają się przygotowywać nie od 25 maja 2018 roku, lecz na odwrót – do tego terminu. Teoretycznie tego dnia inspektorzy z GIODO będą mogli przeprowadzić kontrolę, czy firmowe systemy są zgodne z nowymi przepisami.

To od początku – co firma musi zrobić?
– Przede wszystkim pamiętajmy, że RODO dotyczy nie tylko wszystkich firm, ale i spółdzielni, stowarzyszeń, instytucji państwowych i samorządowych. Każdego, kto przetwarza jakiekolwiek dane osobowe, np. w związku z zatrudnieniem. Im firma gromadzi więcej danych osobowych, tym więcej przed nią pracy i obowiązków.
W przygotowaniach do RODO trzeba ogarnąć trzy sfery.
Pierwsza to sfera prawna, czyli kwestia przetwarzania danych osobowych, obowiązki informacyjne, umowy na outsourcing usług, które się wiążą z dostępem do danych.

Druga to sfera proceduralno-organizacyjna, czyli jak wspierać bezpieczeństwo i przepływ informacji w samej firmie.

I trzecia to sfera IT, czyli jak dostosować do tego wszystkiego same systemy informatyczne – kto ma do nich dostęp, kto wprowadza dane. I w drugą stronę – jeśli teraz klient zażąda usunięcia danych – firma będzie musiała wyciągnąć te dane ze wszystkich miejsc, w których je zostawiła. W archiwum z umowami z klientami, w bazie danych z kontaktem do klientów, w bazie danych z konkursami i promocjami, w bazach, które udostępnia innym podmiotom itd. Gdy te systemy nie będą dobrze zintegrowane, to dane będą mocno rozproszone i firma nie wypełni obowiązku skasowania wszystkiego, bo zapomniała, że gdzieś w jakimś systemie – np. w usługach zleconych innej firmie – te dane jeszcze miała.


„Systemy informatyczne teleoperatorów to jedno wielkie spaghetti. Wszystko tak poplątane, że nie sposób dojść, które dane i gdzie są wykorzystywane. RODO będzie ich bardzo bolało” – taką opinię usłyszałem ostatnio od człowieka z tej branży. Brzmi dramatycznie.
– Im więcej systemów, baz danych i klientów w tych bazach, tym więcej pracy. Trzeba przyjrzeć się każdemu z systemów pod kątem zapewnienia bezpieczeństwa, zakresu przetwarzanych danych. Teleoperatorzy czasem zbierali dane na zapas – kserowali dokumenty, trzymali je długo po zakończeniu umowy z klientem. Na pewno część danych będą musieli usunąć. Ale to też dobra okazja do uporządkowania wszystkiego. Może się okazać, że firma ma 10 systemów, ale 7 z nich jest jej niepotrzebnych – dzięki temu ograniczy koszty.

Ale RODO dotyczy każdej firmy. Również sklepu internetowego prowadzonego przez jedną osobę z mieszkania w bloku. Ona też będzie musiała zatrudnić prawnika, informatyka...
– Tak, te dwie osoby wydają się kluczowe w kontekście wprowadzania nowych przepisów. Nieważne, gdzie taki skromny e-sklepikarz trzyma swoje dane. Choćby to była chmura obliczeniowa w Stanach Zjednoczonych, to jednak same dane zbiera na terytorium Polski i tu prowadzi biznes.
RODO mówi: my nie stawiamy wymagań bezpieczeństwa minimum, to ty masz przeprowadzić wszelkie działania, w tym ocenę ryzyka, by ustalić, jakich zabezpieczeń potrzebujesz. Jeśli źle to ocenisz i dojdzie u ciebie do wycieku, potencjalnie możesz dostać karę. Do 20 mln € lub 4% światowych obrotów firmy z zeszłego roku.

A w złotówkach to ponad 80 mln.
– Wieje grozą, prawda? A jeśli te 4% obrotów będzie wyższe niż 20 mln €, to kara będzie liczona właśnie od procentów – zastosowanie ma kwota wyższa. Oczywiście wcześniej karą może być tylko upomnienie czy nakazanie podjęcia czynności naprawczych. Karalne będzie już naruszanie wspomnianego przeze mnie wcześniej obowiązku informacyjnego. Rodzaj i wysokość kary będą zależały oczywiście od rodzaju złamania przepisów, stopnia winy, jej skali, ewentualnej recydywy, przestrzegania kodeksów branżowych. Generalnie im większe przewinienie – np. wyciek danych – tym większa kara. Ale im więcej będziemy mieli dowodów na to, że próbowaliśmy incydentowi zapobiec, tym kara powinna być niższa.
Najpierw prawdopodobnie będą upomnienia, potem – przy recydywie – kary finansowe. Bo gdyby organ nadzorczy od razu dawał kary finansowe, wykończyłby firmy.

W końcu opinia publiczna będzie wiedziała chyba o każdym wycieku danych.
– Tak, przepisy mówią, że firma musi poinformować i organ nadzorczy, i klientów o wycieku danych, w tym przypadku organu nadzorczego – w ciągu 72 godzin od jego wykrycia. To też będzie miało wpływ na późniejsze sankcje.
Generalnie przed firmami teraz bardzo dużo roboty.

Źródło: Gazeta Wyborcza


Logo knif 08abcc990d84f14b66e7ea3abb57bc8bd21d92c317968c256d05d6cd0251ec7e
Logo knif 08abcc990d84f14b66e7ea3abb57bc8bd21d92c317968c256d05d6cd0251ec7e

Zapisz się, aby otrzymywać od nas najnowsze informacje:




Polityka prywatności

Wspierają nas:

MK Evolution AnulujPolise Spatium